Porady dla poszukujących pracy - happyhr.pl

Z pamiętnika rekrutera, czyli nie jest tak kolorowo jak mogłoby Ci się wydawać :)

Rekruter

Jak wygląda standardowy dzień  pracy rekrutera? Pewnie jest fajnie, gładko i bez stresu. Poziom bezrobocia jest wysoki, więc kandydaci walą na potęgę drzwiami i oknami, walczą i zabijają się o posadę, a On/a – rekruter/ka, niczym królewicz/królowa spotyka się z kandydatami przy kawie i w oparciu o swoje doświadczenia, wiedzę, przekonania, intuicję, nastrój, a czasem po prostu w oparciu o „widzimisię”, postanawia dać bądź nie dać kandydatowi szansę, wybierając samych najlepszych z samych najlepszych kandydatów. Taki rekruter to ma życie! Spotyka się z arcyciekawymi ludźmi i wyławia perełki. Sama przyjemność. Kto by tak nie chciał?

Zobaczcie jak w rzeczywistości może wyglądać wycinek pracy nad przykładowym (wydawałoby się całkiem prostym) projektem rekrutacyjnym. Kulisy swojej pracy pokazała nam Basia, która od 6 miesięcy pracuje w firmie rekrutacyjnej, prowadząc procesy rekrutacyjne dla różnych kontrahentów.  

Poniedziałek, godzina 9.00.

Jest poniedziałkowy poranek. Jeszcze nie zdążyłam zrobić, a tym bardziej spić kawy, a tu jeden z Klientów właśnie zlecił mi rekrutację na stanowisko Asystentki/Asystenta Zarządu w dużej organizacji. Kluczowe oczekiwania to: min. 1 rok doświadczenia na podobnym stanowisku, komunikatywna znajomość języka angielskiego, wielozadaniowość, doskonała organizacja pracy i dostępność na rynku pracy w trybie „od zaraz”. Potrzeba zatrudnienia pracownika w trybie NAJPILNIEJSZYM. Projekt zapowiada się dosyć przyjaźnie. Trzeba działać szybko, bo Klient jest w podbramkowej sytuacji.

Szybko tworzę ogłoszenie żeby brzmiało chwytliwie i przyciągało wartościowych kandydatów. Nie chcę iść w standardy typu oczekujemy/oferujemy. Chciałabym przyciągnąć jakąś ciekawą osobowość – organizacja, dla której prowadzę ten proces lubi nietuzinkowe i mocne osobowości. Udaję się po pomoc do działu marketingu, który proponuje całkiem oryginalne pomysły w zakresie treści ogłoszenia. Dyskutujemy, dodajemy, modyfikujemy. Okej. Wygląda dobrze. Publikuję ogłoszenie na kilku wiodących portalach – czyli kopiuj, wklej, kopiuj, wklej. Nie znoszę tego robić (zawsze z przyjemnością zlecam to zadanie stażystom:)). Dodawanie, kategoryzowanie (a nie daj boże system się zawiesi i trzeba będzie przechodzić cały proces jeszcze raz!) – same nudy. Ogłoszenie już wisi. To stanowisko asystenckie, więc zakładam, że do jutra będzie potężny wysyp CV. Mam dzisiaj dzień zabity od góry do dołu spotkaniami rekrutacyjnymi (przedstawiciele handlowi dla firmy z branży reklamowej), także nowym tematem rekrutacyjnym zajmę się jutro!

Wtorek, godzina 9.00.

Na mailu mam dokładnie 184 CV. Super, będzie w czym wybierać! Kandydaci, którzy zareagowali najszybciej, mają największe szanse :). Zabieram się do selekcji CV. Na każde z nich poświęcam między 3 a 5 sekund (mam wprawę :)). Moje sprawne oko szuka doświadczeń na podobnym stanowisku i znajomości języka angielskiego. Jestem gdzieś pomiędzy 60 a 80 CV i coraz bardziej się irytuję... Nie cierpię kandydatów, którzy aplikują, nie czytając ogłoszenia! Dostaję mnóstwo CV od magazynierów, sprzedawców, kierowców, kierowników i kurierów. Mam poczucie zmarnowanego czasu, kiedy muszę przekopać się przez chłam, który nijak nie odpowiada oczekiwaniom zawartym w ogłoszeniu. Ludzie! Czytajcie ogłoszenia!
Na domiar złego dzwoni Klient! Głos w słuchawce groźnie pyta: Pani Barbaro, czy są już jakieś ciekawe kandydatury? Potrzebujemy osoby PILNIE! Proszę działać.

Wtorek, godzina 10.00.

Bosko! Mam 7 CV – wyłoniłam najmocniejsze typy, które spełniają kluczowe kryteria na poziomie CV: deklarują znajomość języka angielskiego, posiadają odpowiednie doświadczenie, mają w miarę poprawne i interesujące CV (na takim stanowisku bałagan w CV czy błędy ortograficzne „nie przejdą”).
Natychmiast dzwonię do 7 ustrzelonych CV. Krótka rozmowa telefoniczna, kilka konkretnych pytań – dostępność na rynku (firma potrzebuje człowieka na już), oczekiwania finansowe (klient ma określony budżet), krótka weryfikacja znajomości języka (kandydaci lubią kłamać w CV).

Wynik:

  • jedno CV już nieaktualne,
  • kolejne 2 kandydatki nie znają angielskiego (twierdzą, że są w stanie szybko się nauczyć – akurat!),
  • kolejne 2 kandydatury znacznie przekraczają budżet (przykro mi),
  • kolejne 2 osoby mają 3-miesięczny okres wypowiedzenia (przecież napisałam w ogłoszeniu, że potrzebujemy osoby dostępnej od zaraz!)

Jest totalna masakra. Chyba minęłam się z powołaniem. Z 7 dobrze rokujących kandydatów, na tym etapie zostało dokładnie zero. Wracam do swoich 184 CV (ooo, na ten moment jest ich już ponad 200!), a mój poziom stresu wzrasta coraz bardziej. Działam jak maszyna. Otwieram. Zamykam. Odrzucam. Otwieram. Zamykam. Odrzucam. Przekopuję się przez jakąś setkę kolejnych życiorysów. Na gorąco obdzwaniam te, które przynajmniej wstępnie wpadają w profil. Czasu jest coraz mniej. Klient dzwoni już po raz drugi dzisiaj. Mógłby się spotkać jutro o 13.00 z 3 kandydatkami … AAAAAaaa, skąd ja mu wezmę 3 kandydatki na jutro ??!! Z tonu głosu wyczuwam, że jest to propozycja z serii „nie do odrzucenia”.

Wtorek, około 12.00

Udało mi się wyselekcjonować kolejnych kilka osób, które po analizie CV i krótkiej rozmowie telefonicznej spełniają wyjściowe kryteria. Umawiam się z Nimi na spotkania w dniu kolejnym z samiutkiego rana. Ustawiam spotkania co godzinę (15 minut na przedstawienie oferty, 30 minut na rozmowę, 15 minut na krótkie testy). Kombinuję żeby tych najfajniejszych kandydatów zaprosić od razu do Klienta na II etap rekrutacji, jeszcze tego samego dnia. Może się uda!

Środa, 9.00.

Pierwsza kandydatka – nie przychodzi na spotkanie. Dzwonię aby ustalić o co chodzi. Czy powinnam czekać? Może się spóźni? Może nie może znaleźć biura? Kandydatka słyszy mój głos w słuchawce i migiem się rozłącza. Czuję się jak akwizytor, którego superofertę właśnie odrzucono. Przecież jeszcze wczoraj mówiła, że bardzo Jej zależy na tego rodzaj pracy i z wielką przyjemnością się spotka? Bardzo miły początek dnia.

Kolejna Kandydatka spóźnia się 20 minut. Wygląda bardzo słabo – przyszła na spotkanie w dżinsach, przygarbiona, wystraszona, nie słyszę co mówi, proponuję wodę, zadaję kilka pytań na rozluźnienie ale nadal jest bardzo spięta. Nic z tego. Na tym stanowisku, w tej organizacji, z pewnością sobie nie poradzi. Spotkanie bez sensu. Zadaję kilka pytań (żeby nie było) i szybko kończę spotkanie. Jestem wkurzona, gdy kandydat na pierwszy rzut oka jest zupełnie nietrafiony, ale jest mi niezręcznie zakończyć spotkanie po 5 minutach.

Kolejne spotkanie – niby dobrze ale kandydatka ma jakąś szemraną historię zakończenia współpracy z poprzednimi pracodawcami. Nie chce zbyt dużo mówić. Nie jest w stanie podać kontaktów do poprzednich pracodawców, abym mogła zweryfikować referencje. Coś mi tu nie gra. Próbuję drążyć temat, a Ona w końcu przyznaje, że z poprzednim pracodawcą to była jakaś wielka zadyma i bardzo konfliktowa sytuacja. Wiem, że mój Klient jest wrażliwy na tym punkcie. Nie uda się. Odpada.

Kolejne spotkanie – doskonałe! Z tym, że na etapie rozmowy telefonicznej kandydatka pomyliła netto z brutto. Jest poza zasięgiem finansowym. Jest źle.

Środa. 11.45.

Jestem zestresowana/zła/sfrustrowana. Potrzebuję sensownych kandydatów! Klient napiera. Tłumaczę, że kandydaci dziś nie dopisali (jest mi niezwykle głupio, kiedy sama słyszę słowa, które wypowiadam do klienta). Za 15 minut w planie spotkanie z kolejną kandydatką. Trzymam kciuki żeby była fajna. Muszę kogoś zaprezentować klientowi! W międzyczasie dzwonię po znajomych, z pytaniem czy nie znają kogoś, kto zna kogoś… i robię obdzwonkę jeszcze kilkunastu CV, aby w miarę możliwości zabezpieczyć temat. Czuję, że jest naprawdę źle.  W głowie mam obraz wkurzonego Klienta, który dzwoni z częstotliwością co godzinę aby zaktualizować status procesu. A miał być taki fajny, łatwy i przyjazny projekt…

 


O autorze

 

Marta Barszczewska - od ponad 5 lat w szczęśliwym, pełnym wzajemnej miłości i fascynacji związku z branżą HR. Lubi wpadać na głębokie wody i rozpracowywać najtrudniejsze sytuacje. Zawodowo związana z agencją doradztwa personalnego, w której pełni funkcję Recruitment Managera. Z wielką pasją buduje miejsce, dla wszystkich tych, którzy zmierzają się z zawodowymi wyzwaniami – serwis happyhr.pl. Po pracy wielka fanka swojego psa Antosia, Nowego Jorku i poszukiwania niezwykłości w zwykłych momentach.

 

Komentarze

obserwator (14 Grudzień, 2015)
No ta Pani Basia jest kiepskim rekruterem, bo są sposoby aby wiedzieć kto jest kto nawet w krótkiej rozmowie przez telefon.Pozdrawiam
Marika (6 Styczeń, 2016)
Oj ciężkie życie rekrutera:))
porażka to gdy.... (20 Styczeń, 2016)
Niestety dla mnie średnie jest dzwonienie do poprzednich pracodawców celem sprawdzenia kandydata. Ilu ludzi tyle charakterów, ile charakterów tyle przypadków. Wyobraź sobie, taka sytuację: przychodzi do Ciebie kandydata na asystenkę, spełnia wszystkie wymagania, zna perfekcyjnie angielski, offica (excela,axcessa, pp, worda itp) ma miłą aparycję i widać, że praca w środowisku biznesowym nie jest jej obca, spełnia standardy, wpisuje się w Savir Vivre w 10 ale.... okazuje się, że dwie poprzednie posady to użeranie się z dupkami. Z dupkami z którymi rozsając się "zaporozumieniem stron" nikt nie chcialby miec nic wspolnego. Dzwonisz do nich: mówią, że no Pani Jola to Pani Jola tamto - burzy to nie co Twój pozytywny obraz kandydatki (ale Ty nie wiesz , że są "dupkami" bo Pani Jola jak każdy inny potencjalny kandydat szturmujący internet wie, że nie nalezy sie negatywnie wypowiadac o bylych pracodawcach). Powiedz mi - co robisz ?
Headhunter (22 Kwiecień, 2016)
Widać że nie rekrutujesz, a jeżeli rekrutujesz to od niedawna.
bcvb (23 Wrzesień, 2016)
"na pierwszy rzut oka jest zupełnie nietrafiony, ale jest mi niezręcznie zakończyć spotkanie po 5 minutach." No to pani Basia zasłużyła sobie na taki los i życzę więcej skoro ma gdzieś innych ludzi i tylko traci ich czas to niech sie nie dziwi, ze oni tracą jej czas

Dodaj komentarz

Image CAPTCHA
Wielkość liter ma znaczenie