
Pamiętam czas, kiedy będąc już absolwentką studiów wyższych... ba! Będąc już nawet Panią magister z oceną celującą w indeksie, rozpoczęłam poszukiwania „pierwszej prawdziwej pracy”. Z racji tego, że od zawsze starałam się podchodzić bardzo świadomie do „zarządzania własną karierą”, jeszcze podczas studiów uwielbiałam angażować się w różne inicjatywy, staże, praktyki. Bardzo liczyłam na to, że zaangażowanie mojego czasu, energii i zdrowia (raz nabawiłam się nawet zapalenia żołądka, angażując się bardzo intensywnie w organizację pewnego festiwalu filmowego i jedząc przez dłuższy okres wyłącznie zupki chińskie określane jakże wdzięczną nazwą vifonek. Tak, zdecydowanie już wtedy przejawiałam cechy rasowego pracoholika...), pozwoli mi rozwinąć skrzydła, rozszerzyć horyzonty, rozbudować sieć kontaktów a przede wszystkim rozbudować moje CV. Wkraczałam więc na rynek pracy z podniesioną głową, pewnością siebie i spokojem o to, że niebawem będę robić fajne rzeczy, za fajne pieniądze, otoczona fajnymi ludźmi! Jakże bolesne było rozczarowanie. Ale po kolei...
I etap – wszystko będzie dobrze
Zapisałam się na warsztaty kariery. Miałam bardzo ładne i bardzo profesjonalne CV. I bardzo dobre zdanie na swój własny temat. Do poszukiwań i aktywności względem poszczególnych oferty pracy, podchodziłam zdecydowanie selektywnie. Dokładnie wiedziałam co chciałabym robić. Miałam jasno sprecyzowane cele i oczekiwania. Każdorazowo przesłanie CV poprzedzone było rzetelną analizą oferty pracy i odpowiedzią na pytanie czy na pewno chciałabym pracować na takim stanowisku. Chyba się wtedy nawet bałam, że jak się telefon rozdzwoni i otrzymam kilka ofert, to będę miała poważny kłopot z tym, którą wybrać. Dlatego chciałam ograniczyć ewentualne kolizje pomiędzy poszczególnymi pracodawcami i wysyłałam średnio 3-4 CV tygodniowo. Zacierałam mocno ręce na moment, w którym telefon zacznie dzwonić! A że na studiach byłam wielką fanką konwersów i zjechanych dżinsów, to poczyniłam nawet inwestycję i uzupełniłam swoją garderobę o zestaw idealny na rozmowę kwalifikacyjną (skromnie&elegancko). Działałam. Czekałam. Działałam. Czekałam.
II etap – trudne momenty
Zestaw idealny na rozmowę kwalifikacyjną wisiał w szafie, a ja nadal czekałam. Po 3 tygodniach zorientowałam się, że telefon raczej milczał. A kiedy już dzwonił i wyświetlał się jakikolwiek obcy numer, ja z zapartym tchem i bijącym szybciej sercem, z pełnym profesjonalizmu i uśmiechniętym głosem, przedstawiając się pełnym imieniem i nazwiskiem – odbierałam telefon z wielkim znakiem zapytania w głowie, która to firma, które ogłoszenie i kiedy zaproponują spotkanie. Jak ogromne było rozczarowanie, kiedy głos po drugiej stronie proponował prezentację garnków, ekologicznego jedzenia, nową taryfę albo udział w ankiecie. Miałam różne teorie. Myślałam, że być może moja skrzynka mailowa jest felerna, może plik jest uszkodzony, może podałam błędny numer telefonu... Byłam totalnie nieprzygotowana na taki bieg wydarzeń.
III etap – to nie jest możliwe
Na bieżąco wprowadzałam modyfikacje w swoje działania. Zmieniałam design CV, uzupełniałam je o kolejne doświadczenia, realizowałam kolejne praktyki za friko. Bez spektakularnych efektów. Zaczęłam nawet wątpić w sens angażowania się w jakieś inicjatywy, które nijak nie przekładały się na zwiększenie moich szans na rynku pracy. Chciałam nadal działać, ale zaczęło brakować mi pomysłów. Ogarniało mnie coraz większe poczucie zawodu i wrażenie, że „coś nie wyszło”, że to jest jakiś totalny błąd systemu. Do ogłoszeń zaczęłam podchodzić coraz mniej selektywnie, ale jeszcze byłam raczej daleka od zasady, zgodnie z którą „wysyłam CV gdzie popadnie”. Czasem jednak, w momentach największej frustracji, miałam ochotę uruchomić korespondencję masową i jednym kliknięciem wysłać swoje CV do wszystkich firm na terenie całej Polski, które ogłaszały informację o wolnym stanowisku. Czasem myślałam nawet, że mogłabym robić cokolwiek, byleby tylko mieć poczucie, że coś się dzieje, że mam pracę, że nie jestem bezrobotna. Było ze mną naprawdę słabo, a chęć do działania z każdym kolejnym dniem okazywała się być jakby coraz mniejsza.
Po 3 miesiącach działań, które zaczęły wydawać mi się zupełnie bezsensu, straciłam pewność siebie, zwątpiłam w swoje pasje, w swoje wykształcenie, w swoją studencką aktywność, w swój potencjał. Zbliżał się 4 miesiąc mojej aktywności ze statusem „szukam pracy”. Czułam się jak na bezrobociu. Zaczęłam wpadać w kompleksy, bierność i poczucie, że „wszystko jest bezsensu”.
IV etap – to początek
Telefon zadzwonił. Nie, to nie był potencjalny pracodawca. To koleżanka z liceum z informacją, że firma w której pracuje właśnie poszukuje jakiegoś fajnego człowieka do pracy i pomyślała, że może ja... Wymarzona branża! A że działałam w wolontariacie na studiach w bardzo podobnej branży, i że miałam rekomendację ze strony koleżanki z liceum, i że całkiem dobrze poradziłam sobie podczas rozmowy kwalifikacyjnej – dostałam pracę!
Jaki z tego morał? Właściwie są aż trzy :)
PIERWSZY: Warto mieć dobrych znajomych, którzy wiedzą że jesteście fajnymi i zdolnymi ludźmi! I przypomną sobie o Was w odpowiednim momencie.
DRUGI: Warto robić różne rzeczy – staże, praktyki, cokolwiek. Nigdy nie wiecie co okaże się najbardziej strategicznym fragmentem Waszej kariery!
TRZECI: Trzeba być cierpliwym :)














