Porady dla poszukujących pracy - happyhr.pl

Chodzę na rozmowy kwalifikacyjne „dla sportu”

Rozmowa kwalifikacyjna jak sport

Znajomy który od 6 lat pracuje w korporacji IT, stwierdził że nie szuka obecnie pracy, ale gdy dzwoni jakiś rekruter, zawsze umawia się na rozmowę. Cieszy się z licznych kontaktów na Goldenline oraz jest dumny z zainteresowania swoją osobą – „nie ma tygodnia żeby nie dzwonili” – wszak jest konsultantem SAP.

„Wiesz, nie mam intencji zmieniać roboty, chcę się tylko zbenchmarkować”.

Paradoksalnie, przy takim podejściu wszystkie rozmowy wychodzą idealnie, nie ma presji, jest się pewnym siebie, można swobodnie porozmawiać o pieniądzach. Ale czy takie podejście jest w porządku? Oczywiście można to potraktować jako swoisty trening, z którego doświadczenia kiedyś mogą się przydać. Gdy zadzwoni rekruter z informacją „bierzemy Cię”, można chodzić 20cm nad chodnikiem, dumnym jak paw. Ba, to świetna okazja aby poznać ile jest się aktualnie wartym i z większą pewnością siebie pójść do obecnego pracodawcy, pomachać listem intencyjnym przed nosem.

Ale czy na pewno?

Z doświadczenia powiem, że osoba pilotująca taki proces (np. headhunter) w miarę szybko wyczuje, że chęć zmiany pracy jest tylko pozorna. Poza tym, wycofanie się na etapie kiedy firma docelowa zaakceptowała już oczekiwania finansowe i wystosowała finalną ofertę w postaci listu intencyjnego, nie jest mile widziane.

Odmówienie na ostatnim etapie, z bliżej nieznanych powodów, gdy komunikowało się chęć zmiany pracy, może nas przekreślić na przyszłość w tej konkretnej firmie. Może również mieć negatywny wpływ na nasz wizerunek wśród innych osób z branży rekruterów (w tym przypadku branży SAP).

A poza wszystkim, szkoda czasu rekruterów, headhunterów, działu kadr, osób weryfikujących merytorycznie. Szkoda też, że zajmuje się miejsce innym kandydatom, którzy poważnie podchodzą do tego procesu.


Dodaj komentarz

Image CAPTCHA
Wielkość liter ma znaczenie

Podyskutuj na forum (ostatnie wpisy)